Pewnego dnia Alfredo, pracujący w jednej z lizbońskich bibliotek akademickich, w której odbywałem tygodniowy staż, spytał nas czy chcemy odwiedzić jego rodzinną miejscowość. Chętnie się zgodziliśmy. Tego samego dnia wyruszyliśmy więc do Cascais, położonego nad Atlantykiem około 30 kilomentrów od Lizbony.
Historia miasta sięga XII wieku, kiedy powstało jako osada będąca zapleczem rybackim dla Lizbony. Ze względu na dogodne położenie, miało również znaczenie obronne, skąd kontrolowano ruch morski w kierunku pobliskiej stolicy. Szybko jednak stało się atrakcyjną miejscowością dla lizbończyków za sprawą rodziny królewskiej, która tutaj często wypoczywała.
Dziś Cascais to modny kurort dla mieszkańców Lizbony, którzy tak jak my mając ochotę spędzić po pracy kilka godzin nad oceanem, przyjeżdżają pociągiem podmiejskim wsiadając na dworcu Cais do Sodré. Podróż trwa około pół godziny i prowadzi wzdłuż oceanu, przez co jest niezwykle malownicza. Oczywiście, dojechać można tu również samochodem pobliską autostradą.
Stara część miasta nie zmieniła się praktycznie od wieków, pomijając powstałe gdzieniegdzie nowoczesne hotele i wille z ostatnich kilkudziesięciu lat. Nadal zachwyca jednak urokiem charakterystycznych wąskich uliczek rodem ze średniowiecza i niewysokich domów z wszechobecnymi azulejos.
Przez całe miasto ciągnie się nadmorska promenada łącząca poszczególne plaże i nabrzeże rybackie, na którym nadal można kupić ryby wprost z łodzi. Wzdłuż promenady podziwiać można wille bogatych lizbończyków, mające niekiedy po kilkaset lat.
Najmniejsza z plaż w Cascais to Praia da Rainha (plaża Królowej), niewielka i kameralna, otoczona przez klify oznaczone tabliczkami, aby się do nich nie zbliżać. Ale jak to w Portugalii, niewiele sobie z tych oznaczeń robiono.
Plaże o tej porze roku (w połowie maja) były zupełnie puste. Jak wyjaśnił Alfredo, woda jeszcze jest za zimna dla Portugalczyków. Dla mnie, mając ciągle w pamięci polskie plaże nad Bałtykiem w środku sezonu wakacyjnego, była wręcz ciepła i w zupełności nadająca się do kąpieli. Ot, taka mała różnica postrzegania pomiędzy Polakami a Portugalczykami…
Centralnym punktem historycznej części miasta jest rynek przylegający do morza, wyłożony kostką brukową w popularnym wzorze fal. Ratusz miejski, znajdujący się na rynku wcale nie przypomina ratusza – to mały, piętrowy budynek, za to z pięknymi azulejos na ścianach, przedstawiającymi postacie świętych i świetnie podświetlony w nocy. Na pobliskich uliczkach można też odnaleźć fragmenty średniowiecznych murów wtopione w powstałe dużo później budynki. Wszystko da się wykorzystać.
Życie w Cascais rozpoczyna się po zmroku, wtedy okoliczne restauracje są wręcz oblężone przez mieszkańców i turystów. Dla naszej czwórki zamówiliśmy tradycyjnego dorsza i kociołek owoców morza z ryżem, z nieodłącznym vinho verde, specyficznym lokalnym „zielonym” winem. A po posiłku czekał nas obowiązkowy spacer do popularnej w Cascais lodziarni z tradycjami, prowadzonej przez rodzinę Santini.
Na koniec zmęczeni, ale i zadowoleni skierowaliśmy się powoli ku stacji kolejowej, na ostatni pociąg do Lizbony. Następnego dnia musieliśmy przecież znów pojawić się w pracy.
