„Miasto rowerów, które nigdy nie śpi” oraz „miasto kanałów, których jest więcej niż w Wenecji” – tak zwykło się mówić o Amsterdamie. I rzeczywiście, nie ma w tych stwierdzeniach cienia przesady.
Wiosenny Amsterdam powitał nas początkowo mżawką i lekkim chłodem. Tym razem mogliśmy pozwolić sobie jedynie na weekendowy city-break. Miałem nadzieję, że kilkanaście godzin wystarczy, by chociaż w minimalnym stopniu zobaczyć i poczuć to miasto.
Amsterdam to zdecydowanie miasto rowerów. Rowery dominują, a dźwięk ich dzwonków słychać od razu po przybyciu. Przypinane są dosłownie do wszystkiego, co wydaje się w miarę stabilne. Pomimo tego, co roku ginie ich ok. 80 tys., jednak jest to zaledwie cząstka wobec ich ogólnej liczby. Przyjmuje się, że rowerów jest dwa razy więcej niż mieszkańców. Niesamowite wrażenie wywołują tez wielopoziomowe parkingi dla rowerów, mieszczące ich po kilka tysięcy. Nie dziwi więc, że mają tu one też zdecydowane pierwszeństwo przed innymi użytkownikami ruchu – ustępować im muszą zarówno samochody, jak i piesi. Ci ostatni również dla własnego bezpieczeństwa. Tutejsi rowerzyści nie mają bowiem w zwyczaju hamować przed kimkolwiek.
Podobno Amsterdam najlepiej zwiedzać z poziomu dwóch kółek, zwłaszcza że bez problemu można skorzystać tutaj z licznych wypożyczalni. My jednak wybraliśmy bardziej tradycyjny sposób, na piechotę. Błądząc nieśpiesznie zajrzeliśmy na targowisko na Nieuwmarkt i do Begijnhof, najstarszego ogródka na tyłach kamienic zamieszkanych dawniej przez siostry z zakonu beginek, gdzie zachował się ostatni drewniany dom ze starej zabudowy miasta. Przemierzając dalej wąskie uliczki, wpadliśmy również do dzielnicy chińskiej i do parku na tyłach Rijksmuseum, ze znaną instalacją „I amsterdam”.
Głównym placem miasta i jego historycznym centrum jest plac Dam (hol. ‚tama’) ze stojącym pośrodku obeliskiem poświęconym żołnierzom holenderskim, którzy zginęli w obydwu wojnach światowych. Plac zamyka z jednej ze stron pałac królewski, wykorzystywany dawniej przez władze miejskie jako ratusz. Nieopodal niego znajduje się Nowy Kościół (Nieuwe Kerk), użytkowany obecnie jako miejsce wystawiennicze. Funkcje religijne spełnia jedynie podczas koronacji i uroczystości rodziny królewskiej. Na placu odnajdziemy też polski akcent – Grand Hotel Krasnopolsky, dziś jeden z droższych w Amsterdamie, założony w XIX wieku przez Adolfa Krasnopolskiego. Plac Dam to jednak przede wszystkim popularne miejsce spotkań mieszkańców i wszelkich imprez. Tutaj też odbywają się uroczystości miejskie i państwowe.
Główna atrakcją Amsterdamu są jednak kanały. Znajduje się ich tu ponad 160 ułożonych koncentrycznie wobec rzeki Amstel, na którymi przerzuconych jest ponad 1000 mostów. Na kanałach i wokół nich toczy się życie miasta. Na nich się mieszka (to ponad 2000 „pływających domów”!), na nich się również imprezuje, czego sami byliśmy świadkami.
Na jednym z kanałów (Singel) znajduje się pływający targ kwiatowy Bloemenmarkt. Dawniej lokalni sprzedawcy przybywali do Amsterdamu łodziami i z łodzi sprzedawali swoje towary. Dzisiaj natomiast stoiska i sklepy na Bloemenmarkt, oferujące kwiaty, rozmaite sadzonki i cebule tulipanów, umiejscowione są na pływających platformach połączonych ze sobą i na stałe przytwierdzonych do nabrzeża.
Charakterystycznym elementem krajobrazu miasta są także kamienice. Ich fasady są wąskie i często pochylone do przodu. Wiązało się to z dawnym podatkiem płaconym od szerokości budynku. Mieszkańcy budowali więc domy o jak najwęższych fasadach. Wniesienie do nich większych sprzętów, a nawet mebli, było w takich przypadkach niemożliwe, dlatego transportowano je przez okna na linach przyczepianych do specjalnych haków umieszczonych na szczycie budynków. Aby wciągane sprzęty nie uderzały o fasady, budowano je więc lekko pochylone w kierunku ulicy.
Amsterdam słynny jest również z coffee shopów, gdzie legalnie można nabywać marihuanę. Znaleźć je można prawie na każdej ulicy – w tym największym mieście Holandii czynnych jest ich ponad 300. Tutejsze prawo, wprawdzie zaostrzone niedawno, na tle pozostałych państw europejskich jest nadal bardzo tolerancyjne. Nasiona konopi można nabywać w sklepach ogrodniczych, a na stoiskach z pamiątkami obecne są również przetwory i słodycze produkowane z ich zawartością. Istnieje tu nawet Muzeum Haszyszu, Marihuany i Konopi.
Po zapadnięciu zmroku ożywa dzielnica czerwonych latarni w De Wallen. Charakterystyczne czerwone neony są wtedy wszędzie widoczne, a w oknach pojawiają się panie prezentujące swoje wdzięki. Ta atrakcja Amsterdamu jest jednak potężnie zatłoczona, co ciekawe głównie przez wycieczki, dla których jest to, zdaje się, obowiązkowy punkt programu. Obowiązuje tutaj zakaz robienia zdjęć, a niestosującym się do niego mogą zostać odebrane aparaty przez dyskretnie pilnujących ochroniarzy.
Amsterdam zwiedzaliśmy w sposób chyba możliwie najlepszy, jak na pierwszą wizytę w tym mieście, włócząc się powoli wzdłuż kanałów, słuchając ulicznej muzyki i przysiadając na piwie w jednym z licznych pubów. A poznając tak miasto, nie należy zapomnieć o lokalnym fast-foodzie – śledziu w bułce, którego kupuje się w licznych stoiskach na ulicach.
Muzea, a tych jest w Amsterdamie kilkadziesiąt, pozostawiliśmy na kolejne wizyty. To nie tylko te znajdujące się w „dzielnicy muzeów”: Van Gogha czy Diamentów – przecież dawniej Amsterdam to centrum światowego handlu diamentami. To również muzea Tropikalne, Morskie, czy Heinekena umieszczone w dawnym browarze oraz te nieco bardziej już egzotyczne, jak choćby Muzeum Toreb i Torebek lub Muzeum Tortur… Zdecydowanie, jeden dzień poświęcony na zwiedzanie tego miasta to o wiele za mało.
